O autorze
Zajmuję się informowaniem ludzi o tym jak działa i co kieruje gospodarką. Opracowuję dane statystyczne tak, by były one zrozumiałe dla możliwie największej liczby odbiorców. Oprócz tego formułuję wnioski - mam nadzieję, że poprawne. Od 5 lat pracuję w Bankier.pl, a od 2013 roku jestem Głównym Ekonomistą tego portalu. Prywatnie prognozy traktuję z przymrużeniem oka i jestem wielkim fanem twórczości Szekspira. Lubię doktryny, ale żadnej się nie poddaję.

Polub moją stronę na Facebook-u oraz śledź mnie na Twitterze.

Porównywanie kotka do młotka, czyli jak manipuluje się danymi

Wielu komentatorów uwielbia prezentować dane statystyczne i wyniki badań uznanych (lub nie) instytucji - na potrzeby poparcia swoich tez. Zwykle jednak jest to mylenie przyczyny ze skutkiem lub szukanie korelacji (związku) pomiędzy danymi niezależnymi lub tylko pozornie zależnymi. Taka praktyka nosi znamiona manipulacji.

Jednym z ciekawszych przykładów jest dyskusja wokół płacy minimalnej. Działacze nalegający na jej zwiększenie twierdzą, że w bogatych krajach jest ona wysoka i tak formułują komunikaty, jakby przyczyną zamożności danego kraju była właśnie relatywnie wysoka wartość najniższego wynagrodzenia.



Ostatnio w telewizji widziałem program, gdzie jeden z komentatorów twierdził, że w Polsce relacja płacy minimalnej do przeciętnego wynagrodzenia jest niższa niż w Luksemburgu. Można było odnieść wrażenie, że podniesienie płacy minimalnej miało być remedium na problemy niskich płac w kraju a automatyczne zwiększenie najniższego wynagrodzenie do 50% średniej krajowej w ciągu paru lat doprowadzi nas do zamożności Luksemburga. Ech…

Jak manipulować danymi – na przykładzie relacji przeciętnego wynagrodzenia do płacy minimalnej



Po pierwsze, najpierw trzeba się dobrze zastanowić, które dane i za jaki okres bierzemy do oceny. Pomijam fakt, że wg OECD relacja pensji minimalnej do średniej krajowej w Luksemburgu wynosi 34% dla średniej i 41% dla mediany. Tymczasem w Polsce jest to 40% do średniej i 50% do mediany (dane za 2013 rok). Innymi słowy, już na samym początku okazuje się, że komentator pomylił kraje.

Prawdopodobnie chodziło mu o Francję gdzie stosunek ten wynosi 50% do średniej i 61% do mediany. Równocześnie harmoniczna stopa bezrobocia we Francji jest o 3 pp. wyższa niż w Polsce. Istnieje więcej przesłanek potwierdzających tezę, że zbyt wysoka płaca minimalna stanowi barierę do wejścia na rynek pracy w tym kraju – zwłaszcza imigrantów – niż teza o jej zbawiennym wpływie na wzrost dobrobytu. I tak w krajach OECD stosunek płacy minimalnej do przeciętnego wynagrodzenia waha się w graniach od 27% (37% do mediany) w Meksyku do 68% (41% mediany) w Chile.

Komentator raczej nie wspomniałby o Chile w swoim zestawieniu, bo kraj ani nie leży w Europie ani nie jest bogaty jak Luksemburg. W Meksyku minimalna stawka to 80 centów za godzinę, a w Chile 2,9 dolara – czy można powiedzieć, że w tym drugim kraju zarobki są wyższe? Sprawdźmy – w Chile przeciętna płaca to 4,2 dolara/h a w Meksyku 2,9 dolara/h. Równocześnie w Meksyku stopa bezrobocia wynosi 3,7%, a w Chile – 6,5%.

Dorzućmy do tego zestawienia Polskę



Stopa bezrobocia u nas 8,5% (BAEL), płaca minimalna - 4,8 dolara. Innymi słowy, poprawne stwierdzenie powinno brzmieć, że w niektórych krajach wysoka płaca minimalna nie ma wielkiego wpływu na bezrobocie, bo są to państwa bogate, gdzie produkuje się dobra o wysokiej wartości, funkcjonuje bardziej wydajny system gospodarczy, podatkowy oraz panuje inna kultura redystrybucji majątku – np. w Luksemburgu czy w Niemczech. Z kolei w państwach, gdzie wytwarza się dobra o niskiej wartości (np. w Meksyku) podwyższenie płacy minimalnej może skutkować wyłączeniem z legalnego zatrudnienia części pracowników, bo produkowane dobra, wydajność, dochody z ich sprzedaży oraz kultura podziału są na tyle niskie, że rynek zareaguje negatywnie.

Tutaj płaca minimalna ma charakter osłonowy i musi być ustalana tak, by w warunkach wyraźnej przewagi popytu na pracę w stosunku do podaży – pracodawcy nie oferowali wynagrodzeń o wartości tak niskiej, że kreuje patologię np., prowadzi do wzrostu przestępczości.

Związek przyczynowo-skutkowy istnieje w określonym czasie i przestrzeni, co wcale nie znaczy, że jest on zawsze taki sam dla danej jednostki, bo w gospodarce (modelu) zwykle mamy do czynienia nie z dwoma czynnikami, ale tysiącami zmiennych, które mogą mieć różne wartości! Ten sam zarzut dotyczy nadmiernego i czasem błędnego posługiwania się determinizmem do prognozowania przyszłych zjawisk, np. skoro "wszystkie wojny światowe" wybuchały w Europie to kolejna też musi (o ile musi) rozpocząć się na tym kontynencie.

W Luksemburgu minimalne wynagrodzenie to 11 dolarów za godzinę i jego podniesienie o 2 dolary nie sprawi, że najniżej opłacanym sprzątaczom będzie lepiej, tylko zmusi pracodawcę do zastanowienia się np. nad automatyzacją danego procesu. I co wtedy? Jak szybko sprzątacz nauczy się programować robota? Z drugiej strony, napływ imigrantów i rozwinięty pakiet socjalny powodują w tym kraju, że płaca minimalna musi być w miarę wysoka, bo inaczej wiele osób będzie siedziało w domu i czekało na socjal – w międzyczasie czytając i złorzecząc na Charlie Hebdo! Słowem - w zależności od systemu gospodarczego i rozwoju danego państwa płaca minimalna może spełniać różne funkcje!

Już samo uśrednianie stawek na wszystkie branże jest zabawne. W Polsce minimalne wynagrodzenie jest równe dla programisty i dla sprzedawcy. Proszę mi znaleźć programistę, który zgodzi się na pracę za 1300 zł netto? Z drugiej strony mamy mnóstwo 18-latków bez wykształcenia i umiejętności, którzy chętnie pracowaliby by za mniej, byle tylko zdobyć jakieś doświadczenie (i pracują, tylko na czarno)

Uwaga: skrót myślowy!

Przydałoby się ubranżowienie płacy minimalnej
tak, by np. nie demotywować młodych do nauki, gdzie po 5 latach trudnych studiów dostają ofertę takiej samej płacy jak ich kolega, który poszedł do pracy po maturze (jednocześnie to rodzi wiele zagrożeń, np. w przypadku zbyt wysokiej i nieracjonalnej stawki grozi ona zwiększeniem bezrobocia wśród absolwentów). To nie mogą być działania skupione na mechanicznym podwyższaniu płacy minimalnej, ale np. na monitorowaniu i premiowaniu podatkowym tych pracodawców, którzy zdecydują się zatrudniać legalnie i płacić młodym więcej (tym tylko po maturze też). Nie da się jedną ustawą lub dekretem uczynić Polski krajem dobrobytu – konieczne są reformy strukturalne. Jeśli nie podniesiemy wydajności, czyli nie będziemy produkować dóbr i usług o wyższej wartości, to możemy sobie podwyższać co chcemy a i tak będziemy zarabiać mało.

Koniec skrótu

Niestety, Polska jest w pułapce niskich wynagrodzeń – ostatni „sukces gospodarczy” zawdzięczamy niskim kosztom pracy i wydajności wyraźnie wyższej niż płace. Na razie trudno powiedzieć na co firmy wydały nadwyżkę (być może państwo zabrało im ją w postaci podatków, łapówek, danin, wydatków na zbędne obowiązki administracyjne, tudzież przedsiębiorcy wydali je nowego mercedesa i willę w Hiszpanii). Jestem wstanie zgodzić się z twierdzeniem, że wcale nie przeznaczono jej na potrzebne do rozwoju inwestycje tylko „Bizancjum”. I to jest właśnie ważne – by tę nadwyżkę lokować w Polsce w taki sposób, by wzrost płac miał naturalny charakter a nie ustawowy!

Kolejna sprawa to porównywanie stawek minimalnych do przeciętnego wynagrodzenia. Na poziomie OECD profesjonaliści badają relację pomiędzy najniższą stawką a przeciętnym wynagrodzeniem w gospodarce narodowej z pominięciem wypłat z nagród – jest to badanie roczne. Komentator - manipulant zwykł porównywać minimalne wynagrodzenie do średniej pensji w sektorze przedsiębiorstw – najlepiej grudniowej, bo jest wtedy najwyższa i idealnie pasuje do tezy jakoby minimalna była zbyt niska.

Co z tego, że w sektorze przedsiębiorstw pracuje tylko 5,5 mln ludzi, a na umowach o pracę pracuje łącznie 9 mln ludzi? Dla komentatora nie ma problemu – można porównywać. Na koniec przezornie dodaje, że chce minimalnej stawki godzinowej tak, by uwzględniła ona również kontrakty cywilno-prawne. Świetnie, ale w dalszym ciągu operuje relacją w stosunku do przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw….

Każdemu zdarzy się pomylić przyczynę ze skutkiem



To powszechny błąd i pewnie mi też się to zdarza (niektórym profesorom wręcz nagminnie). Jednak w sprawach kardynalnych, a szczególnie w telewizji – obowiązkiem dziennikarza jest drążenie tematu tak długo, aż będzie wstanie przedstawić odbiorcy możliwie rzetelne informacje – oczywiście w miarę przystępny sposób. Język polski jest na tyle elastyczny, że w większości przypadków umożliwia on uproszczenie komunikatu bez straty dla jego wartości merytorycznej.

Co ważne – bardzo często szukamy silniej korelacji pomiędzy danymi, które są niezależne lub są tylko pozornie zależne. Jaskrawy przypadek to np. wartość średnich zarobków do rozmiaru buta.

Kiedyś w sieci przeczytałem artykuł, że kraje, w których mamy karę śmierci odnotowujemy wyższy wzrost PKB. Za przykład podano USA i Chiny, gdzie kara śmierci obowiązuje, a za antyprzykład – Unię Europejską. Autor jednak zapomniał, że w Mali, Somali czy innych „niezwykle dynamicznych gospodarkach” karanie śmiercią jest także powszechne. Równocześnie pominięto inne czynniki, jak np. przyczyny stosowania tej kary, geopolitykę, liczbę skazanych, etc.

Arcymistrzostwo to próby pokazania stale pozytywnej dla gospodarki relacji między powszechną akceptacją dla nowych modeli rodziny i ich wpływu na PKB. W USA, które wiodą np. prym w liczbie rozwodów, nominalny wzrost PKB jest olbrzymi, a ludziom żyje się lepiej niż w Sudanie, gdzie rozwodów prawie nie ma. Zupełnie pomija się fakt, że większa tolerancja może, ale nie musi wynikać z dobrobytu – przykładowo w Arabii Saudyjskiej przewiduje się karę śmierci za związki homoseksualne, a jest to jeden z najbogatszych krajów świata.

Za bogactwem może iść lepsze wykształcenie a w konsekwencji – większe poszanowanie do odmienności (ale nie musi). Przyczyną może być kultura danego kraju, odsetek ludzi religijnych czy bierność wobec jakiejkolwiek aktywności społeczno-politycznej. To też nie jest reguła, bo nawet wśród „wykształciuchów” znajdziemy przykłady wrogości wobec wszystkiego co inne, a wśród tzw. „ciemnoty” może być spory odsetek ludzi, którzy wykazują się ponad przeciętną akceptacją wobec ludzi z innych ras, kultur czy orientacji.

Znam ludzi, którzy są wstanie pobić się o to, która partia polityczna w Polsce ma lepszy pomysł nt. reformy kodeksu ruchu drogowego, a zupełnie nie przeszkadza im to, że ktoś nie chodzi do kościoła co niedzielę lub w drugą stronę – chodzi nader często.

Efekt niskiej bazy



Doskonałym przykładem jest również zestawienie dynamiki PKB różnych państw na przestrzeni ostatnich lat, nie bacząc na oczywiste różnice w rozwoju gospodarczym i efekt tzw. niskiej bazy. W latach 2009-2013 największy skumulowany wzrost PKB odnotowano w takich „potęgach” jak Liberia, Etiopia i Afganistan – ponad 60%. W Polsce było to tylko 14,3%. Komentator-populista powie, że kraj rządzony przez Tuska rozwijał się gorzej nawet od ogarniętej epidemią eboli Liberii. Zapomni dodać, że w/w krajach często wystarczy zbudować nową elektrownię (lub zakończyć wojnę) by w ciągu roku wypracować dwukrotnie wyższe PKB.

W państwie gdzie łączne PKB wynosi 100 mld USD wypracowanie 10 mld nowych daje nam dynamikę na poziomie 10%. W kraju, gdzie PKB wynosi 600 mld usd wypracowanie 30 mld usd daje nam dynamikę na poziomie 5%. Czy to uprawnia komentatora do formułowania tezy, że np. gdzieś jest dużo lepiej podczas gdy w Polsce sytuacja się pogarsza? Nie, nie, nie – właśnie dlatego tworzy się koszyki państw i zawodowi ekonomiści porównują kraje rozwijające się do rozwijających, a rozwinięte do rozwiniętych!

Lecimy dalej – prawa kobiet



Nie ma nic złego w walce o równouprawnienie płci i należy zmierzać do tego, by kobieta i mężczyzna na rynku pracy i w życiu społecznym mieli takie same prawa i równoważne obowiązki.

Ciekawostką jest to, że np. w Szwajcarii pełne prawa wyborcze kobietom przyznano w 1971 roku, a jednym z kantonów dopiero w 1990 roku. W Polsce przyznano je w 1918 roku, na Kubie w 1934 roku. W zamożnym Kuwejcie w 2005 roku, a w bajecznie bogatych Zjednoczonych Emiratach Arabskich w 2006 roku. I na tej podstawie komentator-manipulant może wyciągnąć wniosek, że im później nadawano prawa wyborcze kobietom tym dany kraj bogatszy.

To oczywista bzdura, ale w określonej próbie krajów znajdziemy prawie doskonałą korelację – wystarczy porównać PKB per capita i daty nadania praw wyborczych z Polski, Mongolii, Senegalu, Turkmenistanu, Estonii z danymi z Szwajcarii, ZEA, Kuwejtu i Lichtensteinu. BRAWO!

Niedopuszczalna jest również retoryka w stylu: lepiej prosperują te przedsiębiorstwa, gdzie w zarządach zasiadają kobiety. Zwykle to zwykła manipulacja danymi statystycznymi, bo takie badania najczęściej polegają na porównywaniu małej próbki do dużej.

Od razu zaznaczam, że nie twierdzę by kobiety gorzej zarządzały niż mężczyźni. Niemniej, karygodne jest porównywanie pewnych szczegółowych danych i wyciąganie na ich podstawie ogólnych wniosków, np. bierzemy dynamikę rozwoju 1000 firm, gdzie władzami sterują mężczyźni i zestawiamy je np. z danymi z 20 firm zarządzanymi przez kobiety i często nie patrząc nawet na to w jakim sektorze gospodarki one działają - do jednego wora wrzuca się średni wzrost wydajności hut zarządzanych przez mężczyzn z ekspansją firm prowadzonych przez panie na rynku High-Tech (lub odwrotnie). Do takiej analizy zwykle bierze się dane, które pasują do wybranej tezy. Normalnie magia procentów.

Równie miłe dla ucha są stwierdzenia, że kobiety zarabiają statystycznie mniej dlatego należy im mechanicznie podwyższać płace. Wnioski takie najczęściej formułowane są na przykładzie jednej lub stosunkowo małej grupy firm, gdzie dochodzi do porównania płacy 20 programistów do pensji 6 pań zatrudnionych w administracji. Wykonują inną pracę więc musi być inaczej wynagradzana. Jak usuniemy dane liczbowe i pokażemy tylko procenty to wynik nas zaskoczy. Jeśli jeszcze powołamy się na badanie poważnej organizacji, która prawdopodobnie w przypisach (kto by czytał przypisy?!) wyjaśniła metodologię i zaznaczyła, że porównanie „kota do myszy” mija się z celem, to mamy idealnie wręcz stworzony argument do walki o przywileje w danej dziedzinie.

Kłopot pojawia się wtedy, gdy mężczyzna na takim samym stanowisku co kobieta, pracując dokładnie tak samo wydajnie w przeliczeniu na jednostkę czasu, otrzymuje wyższą pensję. Przy czym zbadanie wydajności w określonej jednostce czasu ma tutaj fundamentalne znaczenie, bo np. w ostatecznym rozrachunku może się okazać, że kobieta lub mężczyzna dostaje niższe wynagrodzenie, bo pracował/a krócej lub – jeśli płaca uzależniona jest od wyników – w danym czasie sprzedał/a mniej usług lub innych produktów.

To naturalne, że dana grupa społeczna lub strefa wpływów wyciąga dane, które im odpowiadają do tezy – nie inaczej jest z politykami. Ostatnio wobec mnie również wyciągnięto zarzut manipulacji danymi odnośnie do oczekiwań i sytuacji frankowiczów po wzroście kursu CHF – jak byk napisałem, że badanie dotyczyło określonej specyficznej grupy ludzi, ale to było za mało, by uniknąć oskarżeń. Jest to dla mnie nauczka na przyszłość, by w jeszcze bardziej widoczny sposób komunikować zasady metodologii danego badania, próby oraz wyraźnie zaznaczać, że określone wnioski dotyczą tylko badanych – i mogą, ale nie muszą być zbieżne dla całej populacji.

Nadwornych komentatorów-manipulantów łatwo rozpoznać



Zwykle należą do jakiejś partii lub związku. Niestety niezależnie od opcji i propagowanej idei – nikt nikogo nie „miażdży lub masakruje” inaczej niż erystycznie (tu też miewam wątpliwości), bo najczęściej oglądamy merytoryczne dno i dwa metry mułu.

Na koniec iluzja związku między inflacją a bezrobociem

Klasycznym przykładem mylenia przyczyny ze skutkiem lub nawet korelowania ze sobą zupełnie lub tylko pozornie związanych ze sobą danych jest np. związek między inflacją, bezrobociem czy wzrostem PKB. To zagadnienie należy już do grona bardziej skomplikowanych, co niestety owocuje często poważnymi sporami wśród ekonomistów. W mojej opinii artykuł Chrisa Caseya „Między inflacją a bezrobociem” doskonale rozwiewa wszystkie wątpliwości w tej materii.

„Każda dostrzegalna korelacja pomiędzy dwiema zmiennymi może zaistnieć przypadkowo, świadczyć o bezpośrednim związku zmiennych bądź też być spowodowana przez trzecią zmienną (lub zbiór zmiennych). W przypadku inflacji oraz bezrobocia prawdziwym okazuje się ostatnie wyjaśnienie. Inflacja i bezrobocie nie stanowią przeciwnych sił, ale należą do większej grupy pochodnych tego samego czynnika: ekspansji podaży pieniądza.

Im więcej pieniędzy w obiegu, tym mniejsza jest ich realna wartość, co skutkuje wzrostem cen dóbr i usług — stąd też inflacja. Więcej pieniędzy oznacza także obniżenie się stóp procentowych, co z kolei sprzyja błędnym inwestycjom (w tym nietrafionym decyzjom dotyczącym zatrudniania nowych pracowników), co ostatecznie kończy dopiero nadejście recesji — a wraz z nią i bezrobocia. Podczas gdy oba zdarzenia łączy jedna, wspólna przyczyna, dokładny czas ich wystąpienia może nieco się różnić, w zależności od innych czynników (w tym prowadzonej polityki fiskalnej).”

Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl
Polub moją stronę na Facebook-u.
Trwa ładowanie komentarzy...