O autorze
Zajmuję się informowaniem ludzi o tym jak działa i co kieruje gospodarką. Opracowuję dane statystyczne tak, by były one zrozumiałe dla możliwie największej liczby odbiorców. Oprócz tego formułuję wnioski - mam nadzieję, że poprawne. Od 5 lat pracuję w Bankier.pl, a od 2013 roku jestem Głównym Ekonomistą tego portalu. Prywatnie prognozy traktuję z przymrużeniem oka i jestem wielkim fanem twórczości Szekspira. Lubię doktryny, ale żadnej się nie poddaję.

Polub moją stronę na Facebook-u oraz śledź mnie na Twitterze.

Kilka słów na temat rozwarstwienia dochodów na przykładzie rolników

Do określenia rozwarstwienia dochodów używa się współczynnika Giniego. Sprawa z pozoru jest banalna. Im ma on mniejszą wartość tym różnice w dochodach w danej grupie są mniejsze, a gospodarka w teorii lepsza, bo większość żyje na mniej więcej podobnym poziomie. To nie jest żadne prawo ekonomiczne tylko przyjęty przez większość "dogmat" z całą masą wyjątków od reguły.

I tak wskaźnik rozwarstwienia (Giniego) w 2013 roku w Polsce wyniósł 30,7 - to obniżka o prawie 5 punktów od 2005 roku. W Niemczech obecnie wynosi on 29 punktów a w krajach skandynawskich oscyluje przy granicy 25 punktów. Średnia unijna to 30,2.



Ile netto na głowę w domu?



Przeciętny dochód netto na jedną głowę w gospodarstwie domowym wynosi ok. 1400 zł netto). To wzrost o 2 tys. zł netto względem 2010 roku, ale wśród pracowników zwiększył się on tylko ok. 1500 zł. Najwięcej zyskali emeryci i osoby pracujące na własny rachunek. Emeryci mają do dyspozycji o 2 tys. zł więcej niż w 2010 roku, czyli 16,1 tys. zł, a posiadacze własnych firm aż o 4 tys. zł więcej, czyli 20,5 tys. zł. Rolnicy mają obecnie do dyspozycji 10,1 tys. zł, czyli 1300 zł więcej. W przypadku rencistów dochody netto na osobę zwiększyły się do 12,5 tys. zł, a to wzrost o 1,8 tys. zł względem 2010 roku.

Rolnicy mają najliczniejsze rodziny



Istotne znaczenie ma liczba osób przypadająca na jedno gospodarstwo domowe. Najwięcej głów do wyżywienia odnotowuje się u rolników – średnio 3,76 osób. W gospodarstwach pracowniczych jest to 3,38 osób, a u emerytów i rencistów ok. 2 osób. Wśród ludzi pracujących na własny rachunek mamy przeciętnie 3,19 osoby w jednym gospodarstwie domowym.

Ważne jest też rozwarstwienie wiekowe, które wskazuje m.in. ile osób pracuje lub jest zdolnych do pracy w danej komórce społecznej. Nie wchodząc w szczegóły można napisać wprost, że wśród rodzin rolników mamy statystycznie większy udział starców i dzieci niż w gosp. etatowców i właścicieli firm.

Jeszcze w ubiegłorocznym badaniu GUS-u dotyczącego budżetów domowych gospodarstw domowych w Polsce znalazłem informację, że wskaźnik Giniego u rolników wynosi ponad 50 punktów – w nowym i nieco innym badaniu GUS-u jest to już „tylko” 30 punktów.

50 punktów to poziom znany z oligarchicznej Rosji lub Ukrainy, który oznacza, że na stosunkowo małą liczbę bogaczy przypada bardzo wysoki odsetek ludzi ubogich. Być może taka jest właśnie prawda o polskim rolnictwie – nie każdy człowiek mieszkający na wsi jest bogatym rolnikiem, a tych, których stać na Johna Deera jest stosunkowo niewielu. Być może źle postrzegamy tę grupę społeczną, która prawdopodobnie jest niezwykle niejednorodna, chociaż w telewizji wydaje się być zżyta, zorganizowana i równa finansowo.

Nie demonizowałbym rolników



Dlatego nie demonizowałbym wszystkich rolników jako grupę społeczną o nieuzasadnionych roszczeniach. Coś mi w duchu podpowiada, że na protestach maluczkich korzystają głównie Ci, którzy nawet przy niższej cenie skupu żywca żyją na bardzo wysokim poziomie.

Ogólnie to nie powinniśmy mieć zastrzeżeń do uzasadnionych roszczeń tych, którzy nie mogą np. uzyskać odszkodowania za zniszczenia dokonane przez dziki, których namnożyło się z powodu błędów popełnianych przez urzędy nadzorujące ich populację.

Z drugiej strony, prawie od zawsze bulwersował mnie fakt, że np. zgodnie z prawną definicją rolników używaną na potrzeby obliczania wielkości składki zdrowotnej „gospodarza” posiadającego mniej niż 6 ha przeliczeniowych uznaje się za osobę bezrobotną, dlatego ubezpieczenie zdrowotne opłaca mu państwo.

Dziwi mnie taka niesprawiedliwość społeczna (w gospodarce społeczno-rynkowej), że w sumie kasjer w supermarkecie płaci wyższe składki i zdrowotne i do ZUS-u niż człowiek, który ma 80 ha ziemi uprawnej ubezpieczony w KRUS-ie. Nie wiem czemu rząd nie ma odwagi włączyć doskonale prosperujących biznesmenów do ogólnego systemu podatkowego i składkowego. O ile nieuzasadnione byłoby to wobec małorolnych rolników o tyle nie ma absolutnie żadnych przeciwskazań by ci najbogatsi traktowani byli jak normalni biznesmeni i obywatele.

Kiedy jesteś biedny?



Tyle jeśli chodzi o rolników. Powracając do wskaźnika Giniego to w teorii wydaje się, że im mniejszy tym lepiej. Chyba jednak nie, bo np. w USA wynosi on 39 punktów (i ciągle rośnie), w Nowej Zelandii 32 punkty, w Wielkiej Brytanii i Japonii – 34 punkty. To bardzo bogate państwa gdzie mamy „duże” rozwarstwienie dochodów, ale jednocześnie osoby pracujące np. na etat mają dużo większe szanse na uniknięcie ubóstwa niż Polacy. U nas co siódmy pracownik to tzw. bieda-pracownik, czyli etatowiec, który pomimo tego, że zarabia to pensja starcza mu na pokrycie tylko najważniejszych wydatków.

Za ubogiego uznaje się tę osobę, której dochód stanowi mniej niż 60% mediany zarobków w danym kraju. W USA wskaźnik ten wynosi ok. 20%, a u nas ok. 14%. Kłopot w tym, że „nasze” 60% mediany to 12 zł za godzinę, a w USA – 14 dolarów. Biedak w Polsce za dniówkę nie kupi nowych Nike-ów w przeciwieństwie do swojego „biednego odpowiednika” za Oceanem.


Zatem rozwarstwienie niekoniecznie informuje nas o tym, że w danym kraju dzieje się coś złego. Może być jak w USA, gdzie mamy bardzo dużo „biedaków” (którzy jak mogą pracować to w zasadzie przestają być biedakami) przypadających na niezwykle dużą grupę milionerów i miliarderów – w USA mieszka ponad 550 osób z majątkiem ponad 1 mld dolarów, a pomimo tego wskaźnik Giniego nie jest „ekstremalnie wysoki” (na 1 mln mieszkańców przypada 1,7 miliardera). Może też być jak w Rosji, gdzie na 1 mln mieszkańców przypada 1 oligarcha z miliardem na koncie i wskaźnik Giniego wynosi ponad 40 punktów.

Może też być jak w Polsce, gdzie mamy tylko „6” miliarderów dolarowych(aż chce się powiedzieć, że w Polsce nawet miliarderzy są biedni) i w zasadzie większość społeczeństwa jest tak samo uboga. W końcu w II próg podatkowy, czyli dochód rzędu 26 tys. dolarów rocznie osiąga tylko 4% podatników (rozliczających się na zasadach ogólnych)… ech. Słowem liczy się to co jest pomiędzy biednymi i bogatymi, a wiele wskazuje na to, że pomimo postępów w Polsce wciąż jest tego niewiele.

Łukasz Piechowiak

Polub moją stronę na Facebook-u.
Trwa ładowanie komentarzy...