O autorze
Zajmuję się informowaniem ludzi o tym jak działa i co kieruje gospodarką. Opracowuję dane statystyczne tak, by były one zrozumiałe dla możliwie największej liczby odbiorców. Oprócz tego formułuję wnioski - mam nadzieję, że poprawne. Od 5 lat pracuję w Bankier.pl, a od 2013 roku jestem Głównym Ekonomistą tego portalu. Prywatnie prognozy traktuję z przymrużeniem oka i jestem wielkim fanem twórczości Szekspira. Lubię doktryny, ale żadnej się nie poddaję.

Polub moją stronę na Facebook-u oraz śledź mnie na Twitterze.

Przebrała się miarka

NIK skontrolował mierniki w dystrybutorach na stacjach paliw. Okazało się, że część maszyn była nieskalibrowana - nie ma sensu dochodzić czy było to celowe działanie czy nie. Znamienne jest to, że zwykle źle skalibrowany dystrybutor wlewał mniej paliwa niż wskazywał licznik.

Tyle powinno wystarczyć rozsądnemu człowiekowi by wyrobić sobie opinie na temat przypadkowości tego zdarzenia. Ciężar tego wydarzenia zmusił mnie do, mam nadzieję, niepróżnej refleksji. Tekst długi, ale biorąc pod uwagę tematykę miar - napiszę to – lepiej długi niż krótki.



Rzadko zdajemy sobie sprawę z tego jak wielkie znaczenie dla gospodarki i ekonomii ma w miarę spójny system miar i wag oraz jak ważne jest pilnowanie, by nikt nie oszukiwał stosując urządzenia fałszujące wyniki. Czy wiedzą Państwo czym jest metr? A ile nas kosztuje? Chociaż nie zdajemy sobie z tego sprawy, ciągle coś mierzymy i strasznie dużo za to płacimy. Podobno 1% PKB całej UE.

Dawniej metr to był odpowiednik 10^(-7) długości mierzonej wzdłuż południka paryskiego od równika do bieguna. Pojęcie bieguna a co dopiero umiejętność wyznaczenia jego długości jest zbyt skomplikowane dla przeciętnego człowieka, ale śmiem twierdzić, że średnio rozgarnięty kupiec-cwaniak umiałby wykorzystać tę wiedzę do krajania tak, by resztki jak odsetki w bankach budowały jego majątek.

Jednak to właśnie na podstawie "definicji południkowej" odlano słynny wzorzec, który umieszczono w Międzynarodowym Biurze Miar i Wag w Sevres koło Paryża. Często się słyszy, że jeśli coś wygląda jak wzorzec to powinno trafić do Sevres pod Paryżem - dla wielu kobiet taki komplement odnośnie do ich urody powinien być co najmniej miły dla ucha i gorący dla serca. Zwłaszcza, że do odlewu metra użyto nie byle jakich metali - cennego stopu platyny i irydu.


Niestety, jak to w życiu bywa, francuski platynowo-irydowy metr zaczął się kurczyć, chociaż teoretycznie nie powinien. Można go zobaczyć, ale mierzenie wzrokiem raczej nie da rezultatu - o ile sprawne, a zwłaszcza kobiece oko, będzie wstanie rozwikłać zagadkę kilku brakujących centymetrów, w najlepszym razie milimetrów, o tyle nie ma opcji, by poradziło sobie z mikronem.

W związku z tym w 1983 roku ustalono, że metr to odległość, jaką światło pokonuje w próżni w czasie 1/299.792.458 sekundy. Sprytne, bo łatwiej powiedzieć ciekawskiej koleżance, że ów metr to tak naprawdę długość fali, bynajmniej nie morskiej, a że wcześniej już miałem problem z długością paryskiego południka, to odwracając uwagę od tematu długości - czas zadać pytanie... co to jest sekunda?

Cały czas mierzymy wszystko



Bardzo wiele aspektów naszego życia polega na mierzeniu. Nie tylko czasu, masy, objętości. Porównujemy kolory, oceniamy smaki czy ciśnienie powietrza. Prawie wszystko można zmierzyć. Żeby porównać wyniki, muszą być one miarodajne.

Dawniej, gdy nie było wspólnych wzorców, porównywanie czegokolwiek było sporym problemem. Na tym samym obszarze, w tym samym czasie mogły istnieć różne systemy miar, jak choćby na terenie Polski w XIX wieku. Garniec galicyjski stosowany we Lwowie miał objętość 3,84 litra, a garniec gdański 3,42 litra.

Niby różnica nieduża, ale jednak kilkanaście procent, więc pomyłka w rachubach mogła kupca sporo kosztować. W tym okresie wiedza o poszczególnych jednostkach na różnych obszarach była wręcz niezbędna do wykonywania tego zawodu. Dla ułatwienia właśnie handlu decydenci z większości państw świata "dogadali się" i tak powstał system popularnie zwany metrycznym (SI). Historia jego powstania jest równie pasjonująca co irytująca i jak na ironię bardzo trudno wskazać datę jego początków.

Nikogo to nie powinno specjalnie dziwić, bo które państwo nie chciałoby się szczycić faktem, że źródła jednostek miar, wag i masy nie pochodzą właśnie od niego? Przykładowo, do dzisiaj Hindusi przekonują, że cyfry arabskie powinny być nazywane hinduskimi, bo Arabowie poznali je robiąc interesy w Indiach.

Dzisiaj takie konflikty semantyczne śmieszą i bawią, ale nie bagatelizowałbym ich znaczenia, bo "ziarnem urażona" duma wielkiego narodu może prowadzić do wielkich konfliktów. Mocno zainteresowanych tematem odsyłam do działów historii dyplomacji w byle jakiej bibliotece, a pubowych erudytów - do Kapuścińskiego. W każdym razie układ (SI) ostatecznie unormował się w latach 60-tych XX wieku i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie Stany Zjednoczone, które na złość wszystkim uznały, że mile są lepsze od kilometrów.

Ja uważam inaczej i znów, chociaż nie chcę, muszę wspomnieć o przygodach pewnej uroczej niewiasty, która odwożąc swojego zmęczonego znajomego jego samochodem, całą drogę narzekała na brak mocy w jego maszynie, która z trudem rozpędzała się do osiemdziesięciu... Z błędnego pojmowania rzeczywistości wyprowadził ją coraz bardziej przerażony i trzeźwy kompan, który wyjaśnił jej, że prędkość w tym wielkim amerykańskim dziele motoryzacji podawana jest w milach. Och, tak niewiele wystarczyło, by z osiemdziesięciu zrobiło się sto trzydzieści. Potwierdza to regułę, że lepiej patrzeć na drogę niż na licznik. Szczęśliwie obyło się bez ofiar. Być może szkoda, że nie było punktów.

Mierzenie kosztuje



I to kosztuje niemało. Łącznie w całej UE wydatki związane z pomiarami stanowią ponoć ok. 1% PKB, czyli ok. 100 mld euro. Na te koszty składają się nie tylko budżety regionalnych urzędów i instytutów pomiarowych, ale także łączna wartość wyprodukowanych urządzeń pomiarowych oraz wydatki na pomiary poniesione przez przedsiębiorstwa. Do tego dochodzą pospolite czynności pomiarowe w życiu codziennym np. odważenie właściwych proporcji do przygotowania posiłku.

Nawet głupi ryż pakowany jest do 100 gramowych woreczków - nie tylko po to, by ułatwić nam gotowanie (3 miliardy ludzi radzi sobie bez plastikowych torebek więc to musi być proste), ale także po to, byśmy wiedzieli ile dokładnie go jemy. Słowem - mierzymy i odważamy praktycznie bez ustanku - nawet ja teraz w trakcie pisania tego artykułu liczę liczbę znaków ze spacjami - 5880.

W Polsce instytucją odpowiedzialną za miary i wagi jest Główny Urząd Miar, który zajmuje się również legalizacją urządzeń pomiarowych. Dzięki temu teoretycznie nie musimy przejmować się, że ktoś nas oszuka na stacji benzynowej. Ale czy na pewno Urząd Miar się tym zajmuje? Na rynku istnieją prywatne podmioty, które mogą certyfikować legalizację niektórych urządzeń pomiarowych. Ciekawe, nie?

Zdziwienie przychodzi w momencie, gdy do naszego 50-litrowego baku wlaliśmy 52 litry paliwa. Ale kto dzisiaj tankuje do pełna? Biedaka wbrew pozorom łatwo oszukać, bo zwykle zamknięty jest w społecznym kole biedy, głupoty i naiwności, gdzie każdy z tych czynników wzajemnie na siebie oddziałuje na zasadzie sprzeżęń zwrotnych.

W Polsce ta teza prawdopodobnie nie obroni się, bo my jesteśmy jednym z nielicznych cywilizowanych narodów na świecie, gdzie profesor poważnej dziedziny nauki może żyć w goglinowskiej nędzy, a skalany co najwyżej koniczyną tępak opływać w luksusach.

Wykorzystywanie cudzych słabości do oszustwa jest niemoralne i powinno być tępione. Zwykli ludzie nie szukają prawa tylko żądają sprawiedliwości i gdy ktoś im wlał za mało do baku, to nie tylko powinien dostać prawne i finansowe lanie, ale przede wszystkim dolać to, co ukradł. Nie oszukujmy się i nazywajmy rzeczy po imieniu - sklepikarz ze sfatygowaną wagą to złodziej, a czy ktoś z nas zastanawiał się kiedyś czy waga w jego osiedlowym sklepie lub supermarkecie jest zalegalizowana?

No właśnie - warto zrobić taki eksperyment i jeśli na powierzchni sklepowej jest kilka urządzeń pomiarowych to można porównać wyniki uzyskane na każdym z nich. Sprawdźcie, potem napiszcie czy nie doznaliście Państwo szoku.

Szczęście w nieszczęściu polega na tym, że zwykle o miary i wagi bardzo dobrze dbali władcy. Pieniądz jeszcze kilka stuleci temu, a w niektórych miejscach nawet kilkadziesiąt lat temu, ani nie był powszechny ani użyteczny... do rozliczeń podatkowych. Dawniej podatki pobierano przede wszystkim w naturze, czyli w darach ziemi (np., zboże) i dziele rąk (np., garnce). Pieniądze też były problemem czego przykładem jest słynny Przywilej koszycki z 1374 roku, który obniżał podatek szlachcie z dwunastu do dwóch groszy z łana, ale to wymagało dokładnego ustalenia czym jest łan i o który łan chodziło? Łan to miara powierzchni pola/gospodarstwa odpowiadajaca dzisiejszym ok. 18 hektarom. Ale dawniej na terenie Polski w użyciu były łany flamandzkie (16,5-17,5 ha), frankońskie (22-25 ha) czy też chełmińskie (17,5 ha).

Kary za nieprzestrzeganie miar i wag mogły być okrutne - w siedemnastowiecznej carskiej Rosji kupcy, którzy stosowali trefne miary i odważniki narażali się nie tylko na konfiskatę towarów, ale także na zsyłkę całej rodziny na Syberię.

W niektórych państwach stosowano bardziej okrutne kary z odebraniem życia włącznie. Okrucieństwo w tym temacie przestaje szokować gdy zdamy sobie sprawę, że np. kupiec udający się z towarem na sprzedaż w podróż np., Jedwabnym szlakiem, w trakcie kilku miesięcznej wędrówki ryzykował życie oraz zdrowie i byłoby wielce niestosownym narażać intratne kontakty handlowe pomiędzy Chinami i innymi odległymi państwami z powodu "chciwej miarki" cwanego kontrahenta.

Zwłaszcza, że ten sam cwaniak mógł później hrabiemu, księciu, królowi lub cesarzowi wywinąć dokładnie ten sam numer. Władcy doskonale znali się na miarach czego dowodem jest historycznie najczęstsza przyczyna inflacji, czyli psucie monet poprzez zmniejszanie w nich zawartości cennych kruszców. W niesprawiedliwym świecie są równi i równiejsi - niestety dla tych pierwszych to Ci drudzy zwykle tworzą prawo. Nieszczęśliwie dla tych drugich - gdy miarka się przebiera to rewolucja nabiera masy i mocy. Kolejną ironią jest fakt, że rola egzegutora ostatecznie nie trafia do prawych tylko do pokrzywdzonych.

Drogi ten GUM!



Obecna ustawa Prawo o miarach weszła w życie w 2001 roku. Trwają prace nad nowym aktem - już ponad dwa lata. Projekt przewiduje przekształcenie Głównego Urzędu Miar w Polskie Centrum Metrologii. Byłby to normalny urząd, nadrzędny wobec oddziałów regionalnych. Dyrektor byłby powoływany na 6 lat, czyli po staremu. To ostatnie akurat wcale nie jest takie oczywiste. W 2006 roku pojawiła się wątpliwość co do długości sprawowania urzędu prezesa i ostatecznie okazało się, że pełni ją niekadencyjnie. Ironia polegała na tym, że sprawa dotyczyła instytucji, której dewizą powinna być precyzja.

Zdaniem projektodawców nowej ustawy wydatki związane z czynnościami pomiarowymi to nie są puste pieniądze. Każde wydane euro zwraca się trzykrotnie. Słowem, koszty są ogromne, ale zyskujemy na tym prawie trzy razy więcej, bo aż 270 mld euro rocznie. Inwestycje z zakresu metrologii średnio zwracają się szesnastokrotnie.Tak przynajmniej twierdzą zainteresowani... nie weryfikuję tego tylko od razu dzielę przez minimum dwa.

Między innymi dlatego projektodawcy uznają, że konieczność utrzymania państwowych systemów pomiarowych z pieniędzy publicznych nie podlega kwestii. Nowością w projekcie jest możliwość pozyskiwania przez urząd środków zewnętrznych na innowacyjne projekty badawczo-rozwojowe. Obowiązujące rozwiązania prawne uniemożliwiają Głównemu Urzędowi Miar pozyskiwanie środków z dotacji UE. Do tego dochodzi biurokracja, brak wsparcia biznesu – cała polska rzeczywistość. Jednak czy utworzenie nowej instytucji rozwiązałoby te problemy? A może zlikwidować ją całkowicie, a kwestie certyfikatów i legalizacji zostawić prywatnym podmiotom?

Utrzymanie Głównego Urzędu Miar to wydatek ok. 120 mln zł. Dla porównania: GUS kosztuje nas ok. 400 mln zł rocznie. W myśl zasady, że tam, gdzie państwo planuje wydać miliardy, tam pojawiają się miliarderzy, powinniśmy być przeciwko trwonieniu pieniędzy publicznych na tworzenie nowych instytucji. Z miarami i wagami jednak uważałbym, bo chyba osobiście wolę, by dbał o to państwowy urząd, czyli ktoś komu w teorii mogę zaufać i mam nadzieję, że nie musiałbym mu za to zaufanie płacić nic ponad to, co już płacę w ramach precyzyjnie wyliczonego podatku. Ustawa teoretycznie mogła wejść w życie w 2014 roku, ale konsultacje wydłużyły się i mamy już 2015 rok. Trzeba obserwować projekt, by koszty tradycyjnie nie przerosły naszych najgorszych wyobrażeń. Warto też odmierzać czas.

Łukasz Piechowiak
Trwa ładowanie komentarzy...