FANTASTYCZNA ustawa o książce

Jednolita cena książki w pierwszym roku od jej wydania – wszędzie taka sama i nikt nie będzie miał prawa jej obniżyć lub zwiększyć. Dzięki tej regulacji świat ma odmienić się na zawsze – ludzie mają być mądrzejsi, bardziej oczytani, a księgarze bogatsi.

Czytając projekt ustawy o książce miałem wrażenie, że jest to specjalny dodatek do "Paragrafu 22" Pana Hellera. Joseph Heller nie żyje od prawie dwóch dekad, ale "Wydawnictwo Sejmowe"nie zważa na to i wciąż publikuje do niego coraz bardziej absurdalne dodatki.



Takie o to cudo rodzi się w polskim parlamencie: ustawa o książce

A tutaj przebieg komisji.
(lepsze niż większość seriali na TVP. Gorąco polecam, od dawna apeluję by posiedzenia niektórych komisji miały swój kanał na YouTube).

Główny argument za ustawą to stare jak świat hasło, że w Polsce obniża się poziom czytelnictwa. Książek, gazet, komiksów, pewnie też napisów do filmów. Ogólnie poziom wszystkiego spada, szczególnie zdrowego rozsądku.

O co chodzi bez zbędnego filozofowania?

Projekt ustawy zmierza do nałożenia na wydawcę (importera) obowiązku ustalenia przed wprowadzeniem książki do obrotu jej jednolitej ceny. Do jej stosowania ma być zobowiązana sprzedawca końcowy.

Duże księgarnie i hipermarkety mają większe zdolności negocjacyjne w związku z tym wymuszają na wydawcach lepsze niższe ceny nowości wydawniczych, które sprzedają swoim klientom z dużym rabatem. Cena na książce to 39 zł, ale w dużej sieci handlowej kupisz ją o 20% taniej. Drobni księgarze nie mają takich możliwości więc jeśli obniżą ceny to będą do książek dopłacać. Naturalnie klient woli zapłacić mniej niż więcej zatem zamiast wybierać osiedlową księgarnię to kupi książkę w sieci lub nabędzie ją przy okazji wycieczki do centrum handlowego.

Wątek poboczny to cierpienie wydawców, którzy z powodu nacisków dużych sieci muszą obniżać wynagrodzenia autorów i swoich pracowników. Wątek pośredni to spadek jakości tytułów spowodowany zmniejszeniem zysków wydawnictw z produkcji książek. Ustawa o jednolitej cenie książki ma to zmienić, bo dzięki niej duże sieci nie miałyby prawa do wymuszania rabatów.

W całej sprawie mało kogo obchodzi los klientów, którzy z natury rzeczy i niskich zarobków wolą kupować taniej niż drożej. Ile na tym dokładnie stracą? Nie odczują różnicy, bo po prostu nie kupią albo kupią później. Prawdopodobnie część pożyczy, a jak nie będzie mogła to w ostateczności kupi i straci na nieprzecenionej książce przeciętnie 7-8 zł.

Drobni księgarze podają, że na skutek działalności dużych sieci liczba małych księgarni spadła w ostatnich latach z 2,5 tys. do 1,8 tys. Prawdopodobnie ich zdaniem główną przyczyną tego są rabaty, a nie np. zwiększenie dostępu do Internetu, czyli m.in. sklepów internetowych, czy też np. ubytkiem liczby ludności kraju. Przyczyn spadku liczby małych księgarni jest bez liku, ale projektodawcy ustawy o jednolitej cenie książki uparli się, że to wina dużych sieci.

W całej dyskusji najzabawniejsze jest to, że książkę stawia się na piedestale a samo czytanie jako najszlachetniejszy sposób spędzania czasu. Zgłębianie wiedzy i rozszerzanie horyzontów poprzez czytelnictwo jest więcej niż wskazane w procesie nauki i rozwoju człowieka. Jednak może czas odejść od tych mitów, że czytanie czegokolwiek jest lepsze niż cokolwiek innego. Niektóre etykiety na produktach spożywczych są lepszą lekturą niż książki oferowane w dużych sieciach.

Często bywam w księgarniach i powiem Państwu szczerze, że te "nowości wydawnicze", które sieci handlowe obejmują rabatami, i które to niby szkodzą małym księgarniom, w znakomitym stopniu to tanie romansidła, zwierzenia seksualno-alkoholowe celebrytów, durnowate opowieści o wampirach-nastolatkach i książki kucharskie. Jeśli one mają być objęte specjalną ochroną cenową to… powodzenia!

Ale uwaga! Teraz będzie kabaret. W uzasadnieniu ustawy czytamy:

"Doświadczenia innych krajów pokazują, że uregulowanie rynku książek w perspektywie doprowadziła do poszerzenia oferty wydawniczej o książki ambitne, które jako wolnorotujące były mniej opłacalne z chwilą, kiedy księgarnie nie musiały już angażować znacznych środków w prowadzenie „wojen cenowych” z dyskontami i sklepami wielkopowierzchniowymi i rezygnować z istotnej części swoich marż, możliwe stało się przeznaczenie części tych środków na utrzymanie szerokiej oferty wydawniczej"

To jest esencja naiwności.

Zwykle ambitne dzieła wydawane są przez autorów z własnych środków lub z państwowych dotacji, ewentualnie przez fundacje. Prywatne wydawnictwa, chociaż często mają misję wydawniczą, to nie oszukujmy się - każde szuka swojego "Harrego Pottera", a nie Prousta.

Dalej:

"Obowiązek sprzedaży książki po ustalonej cenie nie dotyczy sprzedaży wysyłkowej z terytorium kraju za granicę, a także nie ma zastosowania do jej sprzedaży wymienionym w ustawie podmiotom wydawcy tej książki, jej importerowi, przedsiębiorcom wykonującym działalność gospodarczą w zakresie dystrybucji książek, pracownikom wymienionych podmiotów oraz autorowi książki pod warunkiem zakupu książki na własny użytek"


To jak zaproszenie do całkowitego przeniesienia produkcji i sprzedaży wysyłkowej za granicę.

Jeszcze dalej:

"Odrębnie uregulowano dopuszczalne rabaty dla bibliotek, instytucji kultury i placówek oświatowych, które mogą osiągnąć poziom 20%. Dodatkowo, dopuszczono stosowanie 15% upustów od ustalonej ceny dla nabywców końcowych dokonujących zakupu książek na targach książki. To uregulowanie koresponduje z dotychczasową praktyką sprzedaży i swoistą „tradycją” targów książki"

A czym się dzisiaj różnią targi książki od kosza z książkami w dyskoncie? Ach te targi książki... nie ma to jak powąchać papier nieczytanej jeszcze pozycji i dzięki oświeconemu ustawodawcy zakupić ją o 15% taniej niż w E.

I jeszcze, jeszcze dalej:

"Regulacją ustawy objęto także podręczniki, co jest uzasadnione ich szczególną pozycją w ramach funkcjonowania księgarni w Polsce generuje znaczne zyski."

Po prostu bezczelność i zdaje się, że główna przyczyna złożenia tego rewolucyjnego projektu ustawy. W końcu w małych gminnych księgarniach podręczniki do medycyny to żyła złota;)

Czwarty raz dalej:

"Aby zapewnić szeroką dostępność książek, ustawodawca nakłada na sprzedawców końcowych, których główna działalność polega na sprzedaży książek, obowiązek zamówienia na żądanie nabywcy końcowego jednego egzemplarza danej książki."

Aha. Yhy Yhy PUF PUF!

Powracając do meritum – ustawa o książce to wybitny przykład tego jak tonący brzytwy się chwyta. Niestety tępej. Po pierwsze ustawa prawdopodobnie jest niezgodna z konstytucją, bo ogranicza swobodę handlu. Do tego projekt jest dziurawy jak ser szwajcarski i na jego obejście znalazłoby się przynajmniej kilka sposobów, np. przetrzymywanie przez rok książek w magazynach.

Niestety, sprzedawanie taniej książek jako dodatków do gazet lub innych towarów odpada - na tę okoliczność "księgarze" już się zabezpieczyli wprowadzając do projektu stosowny artykuł. Ale jeśli jakaś duży sklep będzie zainteresowany obejściem tej ustawy to bez problemu znajdą się kancelarie prawne, które wyjaśnią wszystkie wątpliwości. Naturalnie za opłatą. Wszak nie od dziś wiadomo, że im więcej prawa tym więcej pracy dla prawników.

Dlaczego by nie wprowadzić jednolitej ceny laptopów lub telefonów komórkowych?

Skoro już ustaliliśmy , że książka to nie jest towar szczególny to czemu by nie wprowadzić jednolitej ceny laptopów w pierwszym roku od wydania danego modelu na świat? Albo telefonów komórkowych. Albo samochodów... albo kultowej konserwy turystycznej.

I na koniec - jak niby ktokolwiek miałby kontrolować utrzymanie jednolitej ceny książki w pierwszym roku od jej wydania? Proszę sobie wyobrazić jak szlachetni księgarze wysyłają na siebie pozwy do sądów, że jeden bezprawnie sprzedaje taniej od drugiego np. nową książkę Cejrowskiego, a policja wchodzi do dyskontu i zabezpiecza dowód w sprawie!

Czyżby niektórzy ksiegarze chcieli przenieść absurdalne wizje niektórych pisarzy wprost do rzeczywistości? Może powinni mniej czytać.
Trwa ładowanie komentarzy...